Wątek: Perła syreny  (Przeczytany 726 razy)

Aq

  • Milczek
  • Wiadomości: 5
Perła syreny
« dnia: Marzec 10, 2018, 00:09 »
      Duży kruk uderzał dziobem w pogięty metal zagłuszając panującą dookoła ciszę. Pokręcił nerwowo łepkiem trącony nagłym podmuchem wiatru, po czym wrócił ponownie do pracy. Po okolicy rozszedł się na nowo głuchy dźwięk wypełniając co chwilę martwy krajobraz pustki. Niebo nad wysianą trupem ziemią miało granatowo-szarą barwę. Pozbawione chmur z lekko zacinającym kapuśniaczkiem przystrojone było chmarą czarnych punktów fruwających w ślad za prowadzącym stado liderem. To właśnie na te punkty jednym okiem spoglądał kruk, znudzony biciem w zimny metal. Podskoczył szybko nastroszywszy pióra lądując na piersi martwego nieszczęśnika. Tym razem wystarczyło tylko jedno uderzenie, by kruk wyciągną miękkie oko z martwego oczodołu. Podrzucił je, po czym pochwycił do rozwartego dzioba.
      Vasko przyglądał się krukowi życząc mu dobrej wieczerzy. Gdy ptak drugim okiem dostrzegł obserwatora, rozpostarł skrzydła i uleciał w przestrzeń przeznaczoną dla tylko mu podobnych. Mężczyzna przetarł zroszoną mżawką twarz. Powodził wzrokiem za odlatującym ptakiem i zaczął żałować, że w tak prosty sposób go spłoszył.
      Przybył tu o świcie. Z pobliskiego pagórka ukryty wśród drzew przyglądał się bitwie. To była rzeź. Nie mieli żadnych szans. Rozbici w pył rozgonieni po polach uciekali w popłochu dobijani przez jeźdźców wysłanych w pogoń. Widział jak ich rąbali, wszystko zakończyło się w mgnieniu oka, chociaż walczyli mężnie to skończyli jako pokarm dla zwierzyny. Teraz dobierały się do nich ptaki, po nich przyjdą leśne stwory i zostanie tylko metal a ten zabiorą dzicy. Wcześniej, co wartościowsze zagarnął wygrani, gdy skończą lizać swoje rany. Pewnie nastąpi to szybko, bo nie stracili wiele krwi.
      Popatrzył na swojego konia, ten strzygnął uszami porozumiewawczo i jął dalej się paść w gęstwinie lasu nieopodal. W sakwach zostawił swój cały dobytek – wszystko. Był bez broni. Dekret miłościwie panującego Pana Wojewody zabraniał wnosić cokolwiek na pole po skończonych zapasach. Tam też miał glejt zezwalający mu wejście na teren zmagań. Bez niego rozłupaliby go w pół nie pytając, kim jest i co tu robi. A byli tu, pilnowali wszystkiego pochowani w zakamarkach tak, aby ich oko ludzkie nie mogło dosięgnąć.   
Wiatr zawiał mocniej a niebo bardziej poszarzało. Bezmyślnie przekręcił przypiętą do pasa niewielką klepsydrę a piasek czasu zaczął odmierzać chwilę. Spojrzał na pobojowisko poszukując czerwonego smoka, o którym w Lublinie opowiedział mu grubas.
       Wschodnia ściana królestwa pogrążona była wtedy w ciemności nocnej. Kaganki rozświetlały brukowane ulice wypełniając powietrze zapachem oleju. Nazywał się Termel i ususzał o nim spisując umowę w kompani handlowej gdzie często robił interesy. Zdolny poszukiwacz. Jeśli coś chcesz odnaleźć zgłoś się do Vasko, on chyba się z tym upora. Chyba? No tak drogi Termelu – rzekł mu mistrz handlu puszczając oko. Przecież nigdy nie masz stu procentowej gwarancji. 
       Pod bramę Krakowską Termel przyjechał o zmierzchu. Czarne chmury spowijały niebo. W oddali błyski rozrywały mroczną kurtynę, ukazując sprawnym oczom połacie leśne. Podzamcze górowało nad okolicą a brama była jeszcze podniesiona. O kołowrót opierał się znudzony strażnik. Kupiec nie chciał zostawać w mieście na noc. Szybko wymiarkował, który to kapitan straży. Podszedł do niego i wymienił z nim kilka zdań. Ten kiwał głową, gdy mówił do niego i bez oporów przyjął kilka monet. Za miastem był zajazd, ochraniany przez uzbrojonych po zęby strażników. Zawsze w nim wynajmował pokoje, gdy był w drodze do zamku.  Nie lubił zgiełku, więc nocleg poza murami był mu na rękę.
      Towarzyszyło mu sześciu cieciów a on kroczył pośrodku nich. Odpychali wałęsających się prostaczków zapewniając swobodne przejście swemu panu. Podzamcze tętniło życiem. Trębacze i bębniarze wygrywali przeróżne melodie w akompaniamencie wysokich dźwięków wszelakich piszczałek i fletów. Połykacze noży i tancerze zabawiali grupy zgromadzonej szlachty i bogatych chłopów. Co chwila buchał płomień wypluwany z ust mijanego sztukmistrza a z okien na piętrach domostwa sypało się złote i biało – czerwone konfetti, które osiadało na dzieciach wspinających się po wyliniałych z liści o tej porze roku drzewach. Minął ich wielkolud z maluteńką małpą na głowie. Kroczył ostrożnie na szczudłach po brukowanym trakcie. Pomimo tego, że nie spadła jeszcze żadna kropla deszczu to Termel kilkukrotnie potykał się na nierównych kamieniach. Małpa spojrzała na niego i ukłoniła mu się dostojnie zdejmując z głowy cylinderek a kupiec pstryknął monetę, która zaginęła gdzieś na górze. Potężna baba niosła na rękach szlachcica pijanego w trupa, zdmuchując z jego twarzy kolorowe kartoniki. Główny trakt bramowy zawiódł ich w dół na wysokość rynku. Tam dziesiątki a może i setki ludzi słuchało koncertu lutniarzy wypuszczając ku niebu lampiony z ogniem. Termel zatrzymał się i popatrzył chwilę. Przecież to miasto spali się kiedyś na amen.
- No i gdzie? – zapytał wyrywając się z posępnych myśli.
- Już niedaleko. Odrzekł jeden z ochroniarzy.
Tłum gęstniał a ulica zwężała wiodąc ku dołowi gdzie bruk był bardziej nierówny.
- Powróżyć mości panu?
- Morda.
Cyganka spojrzała na draba i rozpłynęła się w gęstwinie tłumu.
Kupiec wodził wzrokiem po szyldach a obfity brzuch wydał z siebie burczenie. Rozmasował go zdając sobie sprawę, że do powrotu na pewno nie wytrzyma bez strawy.
Jaśko nie szukał trudnego zarobku. Zobaczył grubasa w wyszywanym piękną nicią bogatym kubraku. Wyczuł moment, bo zwietrzył szybką monetę. Był młody i biegły i był złodziejem. Wślizgnął się spomiędzy ludzi nie dostrzegając ochroniarzy. Skręcili mu kark zanim wyciągnął rękę. Gdy przeszli, wszyscy wzięli go za pijaka, jakich w okolicy wielu.
Przewodnik grupy wskazał miejsce. Termel popatrzył po domostwach. Tak jak mu powiedział mistrz. Zazwyczaj jest w grocie. Nad wejściem widniał znak przypominający grot strzały, nierówny, dla draki z dwoma dodatkowymi maźnięciami farby, niezbyt przypominający fallusa.
W środku było duszno. Żadna z oberży nie miała wentylacji. Zapach jadła, dym i pot mieszały się zalegając pod sufitem. Gdy Termel dopchał się do drzwi uderzył go wpierw mocny zapach chmielu, jednak po chwili zamienił się w kwaskowaty odór szczyn. Dobrze wiedział, że niektórzy goście nie wstają nawet od ław, gdy piją. 
Izba była duża z drewnianym kontuarem w głębi. Na środku i po bokach sali znajdowały się ogniska, wyłożone dookoła czerwoną cegłą. To centralne było wielkie. Buchający płomień lizał skwierczące mięso na metalowych rusztach. Dookoła stały stoły a przy nich bawili biesiadnicy. Tumult rozmów i wrzasków zagłuszał muzyków, nawet piszczałki pojękujące gdzieś w oddali. Szlachta, kupcy i rycerstwo. Byli też pachołkowie pochowani przy swoich panach. Obsługiwali ich bez cienia na zabawę. Kurewki siedziały na kolanach i pod stołami. Znając swój fach piszczały sztucznie obmacywane przez świne nazywane przez innych panami. Obsługa tańczyła wśród tumultu i ścisku serwując jadło i napitek.   
Termel wszedł pierwszy za nim trzech goryli, bo tak im rozkazał. Pomiędzy jego nogami wbiegł czarny kot zwabiony zapachem resztek walających się wszędzie po podłodze. Ktoś go kopnął mocno a zwierze wpadło do ogniska. Sierść zajęła mu się od płomieni i zawył przeraźliwie. Jak kula ognia wyskoczył i wybiegł w noc a zapach palonej tkanki uderzył kupca. Powodził wzrokiem za rannym i dziękował Bogu, że nie będzie musiał tu być do brzasku.
Ludzie stali w przejściu, popijając i głośno gawędząc. Termel zapytał grzecznie gdzie Vasko? Jakiś gość zaśmiał się niemiło i wycedził mu won. Wielki cieć chwycił go za gardło i przycisnął. Tamtemu krew podeszła do oczu a pan spytał cicho nastawiając mu usta do ucha –gdzie? Chwiejną dłonią wskazał mu drogę gdzie przy kontuarze siedzieli też goście i odetchnął głośno, gdy klamra puściła a inni odwrócili wzrok zabawiając się sobą.
      Kapuśniak zamienił się w rzewny deszcz, gdy Vasko wspominał spotkanie z Termelem.  Nisko zawieszony poszarzały nieboskłon nie był tak gęsty jak opary i dym unoszące się wtedy nad skwierczącym mięsem. Zielona trawa chyliła się od podmuchów świeżego wiatru niosącego do jego nozdrzy zapach młodej kukurydzy. Gdzie ona jest rozglądał się powoli, gdzie jesteś złota kolbo? W Grocie było duszno i tłoczno, zupełnie inaczej niż na ziemi gdzie był sam pomiędzy trupem. Tylko na krótką chwilę otworzyło się niebo wpuszczając na świat żółtą barwę słońca zupełnie jak wtedy, gdy dojrzał złotą monetę.
      Żartował z Esencją, pomocą na dorobku w Grocie, opowiadając jej cudowną historię o dwóch łabędziach uwikłanych w walce o białogłowę o cudnych oczach i długiej szyi. Rechotała głośno, gdy szeptał jej do ucha jak ptaki kąsały swoje kupry aż żaden z nich nie mógł się poszczycić pięknymi piórami. Dała mu buziaka i skubnęła po brodzie uciekając do pracy wśród gości. I wtedy właśnie dostrzegł toczącą się monetę upijając łyk piwa. Zmierzała po kontuarze w kierunku Jopa, właściciela karczmy, a jej blask odbijał się od płomieni świec mieniąc się w jego oczach. To były chciwe oczy, oszalałe na punkcie złota. Upojone barwą kruszca, sączące pożądanie wprost do serca. I Vasko to zauważył, widział ten błysk i jego także objęła ta ciekawość, kim jest właściciel tego cudu.
      Termel ocenił słusznie, że nie powinien szczędzić by zrobić interes. Karczmarz w mig zagarnął zdobycz ciesząc się do niej jak maluch do pierwszej zabawki. Wiedział też, iż zwróci uwagę tego, z kim chciał się rozmówić i zwrócił. Jop od razu zareagował na słowa kupca, że chce dobrego jadła i napitku, nie szczurzego mięsa, tylko samą słodycz, co połechta jego podniebienie i napełni zdrowo żołądek. Trzasnął dłońmi a z za lady wyłoniła się jak duch Aniela będąca podobnie jak Esencja na dorobku w gospodzie. Termel dostrzegł także wzrok mężczyzny siedzącego obok i zapytał czy poleca napój, który spożywa.
- Szczyny akurat na moją kieszeń – odparł. – Prawda Jop? Karczmarz nic nie odpowiedział i zaraz zniknął za drzwiami dzielącymi gospodę od spiżarni. Odkorkował tam beczkę z piwem niemieszanym z wodą i nalał do pełna w gliniany kufel, aż piana zaczęła burzyć się i spływać z naczynia. Wrócił niosąc za sobą mocny zapach chmielu i postawił przed szczodrym gościem złoty trunek.
Głośniej się zrobiło w gospodzie, bo ludzie zaczęli żywiej rozmawiać a do tego i muzycy wystrojeni w kolorowe szaty przygrali mocniej skoczną i weselszą muzykę na dostrojonych skrzypcach, fletach i bębenkach.
Kupiec nachylił się do Vasko siedząc mocno na drewnianym wyższym taborecie.
- Jestem Termel. Termiel Bernd.
- Niemiec?
- Polak – spojrzał w oczy mężczyźnie. Po pradziadku Niemcu i babce Polce, urodzony i osiadły w tej ziemi po ojcu i matce. Jednak nie moje korzenie mnie tu sprowadzają mości Panie ino interesy.
- Z tym nie powinniście mieć problemów – stwierdził rzeczowo Vasko. – Na waszym miejscu nie obnosiłbym się z dobytkiem – dodał tym razem dużo ciszej.
- O swoją ochronę potrafię zadbać dobrze. Vasko zerknął kontem oka za siebie dostrzegając dwóch osiłków stojących za ich plecami. Popatrzył też na Termela i jego wyszywany nicią kubrak, szykowny kaftan, spodnie ze złotymi lampasami i czarne skórzane kozaki zakończone haftem tuż przy kolanach. Takie buty chciałby mieć, zapewne są wygodne, do pieszej wędrówki i jazdy konnej. Pomyślał jak blado wygląda przy tym szlachcicu, w swojej poprzecieranej i spranej szarym mydłem koszuli. W pękających na szwach spodniach i wytartych trzewikach. Nędzny płaszcz zostawił u wejścia na wieszaku i nie dziwił się wcale Berndowi, że w kubraku ją siadać do wieczerzy i napitku. Nim by zmoczył usta w piwie już by nie było jego odzienia. Termel nachylił się mocniej.
- Interesy mości Panie, tylko interesy mnie tu sprowadzają. Gdyby nie one, to na pewno byśmy tu się nie spotkali, więc nie bacz na moje bezpieczeństwo i chciej wysłuchać propozycji a może i ona dla ciebie okazać się całkiem intratna Panie Vasko. Słysząc te słowa mężczyzna popatrzył po płonących świecach poustawianych tu i ówdzie, dla rozświetlenia półmroku panującego w całej gospodzie. Więc mnie zna – pomyślał, a może o mnie tylko słyszał, to dużo pewniejsze, przekonywał sam siebie. Przecież nie jesteś ułomkiem i wiele prac już wykonałeś dla bogatych skąpców. Różni ludzie o tobie słyszeli i miejmy nadzieje, że tylko o tych dobrych uczynkach. Jego rozmyślania przerwała Aniela przeciskając się przez ochroniarzy z półmiskiem pełnym gorących przekąsek, a z tego ulatywała para godząca w nozdrza przyjemnym aromatem.
Termel spojrzał na zestaw wprawnym okiem amatora jadła. Ocenił szybko zawartość pieczonego boczku, nóżek kurzych, miseczki ze smażonym szpinakiem w jajku i śmietanie. W jego nos uderzył zapach czosnku, pieprzu i kwaśny oddech ogórków w zalewie. Tu koper, tam pietruszka, posiekana cebula i długa czerwona papryka zanurzona w mleczno serowej masie. Może i mordownia – pomyślał, ale o gościa potrafiąca zadbać, gdy posypie monetą. Jop wystawił przed nim kielich z gorzkim winem a karafkę dał z boku wypełnioną też tym trunkiem, a ta w blasku pochodni i świec mieniła się na sali dźgając promieniami ciekawskie oczy. 
Vasko także poczuł zapach jadła a kiszki mu zagrały marsza przypominając, że od dawna nie miał nic godnego w żołądku.
- Więc Pan wie, kim jestem – zaczął – nie mięliśmy jednak przyjemności spotkania.
Nie – przyznał Termel zanurzając zęby w kurczaku. To cholerne mięso nie tylko wyglądało i pachniało dobrze, ale też smakowało wyśmienicie. Skup się Bernd – myślał, bo kawka wyleci z ogródka a twój biznes rozsypie się jak domek z kart, które tak uwielbia układać mała Paulincia. Sos pokapał mu po ogolonej brodzie i szybko przetarł ją szmatą podaną do talerza. - Nigdy Pana nie widziałem – popatrzył skupiony na rozmówcę. – I od razu przyznam, że został mi Pan polecony.
Vasko zrozumiał cel swojego gościa. Domyślił się, że będzie chciał go wynająć i teraz pozostawała kwestia ceny. Wspomniał w myślach złotą monetę i szybko wyrachował, że może odbić się od dołka, w którym tkwi od dłuższego czasu. – Widzi Pan – kontynuował kupiec – potrzebuje poszukiwacza ze specjalnymi umiejętnościami, że tak się wyrażę, nie byle chłystka szukającego muchomorów w lesie do zatrucia własnej żony, tylko kogoś, komu można bezgranicznie ufać. Termel pochylił się blisko do mężczyzny. – Kogoś, kto doprowadzi pewne sprawy do końca bez zbędnych pytań.
Tumult rozszedł się po sali a goście zaczęli głośno bić brawa. Obaj mężczyźni zwrócili głowy w stronę skąd dochodziły dźwięki muzyki a Jop szepnął do kupca pochylając się nad kontuarem, że teraz będzie śpiewała Roma. Vasko zagaił do Termela, dając mu do zrozumienia, że warto posłuchać występu, a ten tylko skinął głową na znak zgody.

Katja

  • Wielbiciel słowa pisanego
  • *****
  • Administrator
  • Wiadomości: 353
Odp: Perła syreny
« Odpowiedź #1 dnia: Kwiecień 02, 2018, 21:02 »
Czyta się nieźle, parę rzeczy do korekty pewnie by się znalazło, ale ogólnie tekst daje radę.
Tak z uwag, to mi czasem pewne słówka za bardzo kojarzyły się z nowoczesnością i nie pasowały do średniowiecznego obrazu opowieści (chyba że to zamierzony efekt) - np. konfetti, wentylacja, cieć.

Aq

  • Milczek
  • Wiadomości: 5
Odp: Perła syreny
« Odpowiedź #2 dnia: Kwiecień 06, 2018, 15:25 »
Po napisaniu znalazłem kilka kwiatków do korekty, poprawiłem. Tekst odczekał, znowu poprawiłem. Po wstawieniu na forum już widzę kilka ciekawostek do zmiany, detale ale są. Odnośnie poszczególnych określeń, pasowały mi w tekście i nie zastanawiałem się czy mogą zgrzytać. Uwaga do rozważenia.

Dzięki za przeczytanie, jeśli tekst daje rade, to się cieszę.

Ludzie nie bójcie się, komentujcie, negujcie.